Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mleczny/Citro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mleczny/Citro. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 grudnia 2020

Północ zostaje Gwiazdą

 

Wprawdzie do Wigilii zostało jeszcze trochę, ale u nas już pojawiła się pierwsza Gwiazdka c;

Jak już wspomniałam w jednym z poprzednich postów, postanowiłam przemalować Północ. Jak dotąd arabka nr 13630 była jednym z moich niezatapialnych Shleichy, które miały zostać w kolekcji jako OF (original finish), ale odkąd Ziko poszedł pod nóż chyba żaden plastik nie może czuć się u mnie bezpiecznie.
W planach była jedynie zmiana koloru, nawet nie zrobiłam jej preppingu. Tym razem udało mi się nie sterroryzować siwki nożyczkami c;
Nazwałam ją Gwiazda i jest to najbardziej tandetne imię jakie kiedykolwiek słyszałam, w ogóle to słowo jest strasznie oklepane. Nie lubię gwiazd w wierszach, imionach i nazwach. Ta klacz jednak na Gwiazdę pasuje, w dodatku jej miano kojarzy mi się z Gwiazdą Polarną, a przez to i z jej starym imieniem.

Z pewnego powodu - który na razie pozostanie tajemnicą d; - mogłam dość dokładnie zobaczyć ile trwało malowanie i jak się okazuje ubarwienie tej pannicy zajęło mi 13 godzin, a w dniach około tygodnia. Nie licząc domalowywania niedoróbek czy ratowania tego co się zepsuło - a przy niej akurat było tego trochę cx
Zastanawiałam się, ile właściwie marnuję czasu na wylewanie farby na modele, no i oto mam odpowiedź c; Oczywiście nie wyczarowałam jabłek znikąd, podpierałam się całą masą zdjęć referencyjnych. Ciekawe rzeczy można dzięki nim zauważyć, na przykład jak dotąd nie byłam świadoma, że z tyłu od rzepu ogonowego jabłkowity siwek ma białą sierść.
Początkowo planowałam jakby poprawioną wersję obecnej maści, jedynie z lekkimi jabłkami. Niestety jabłuszka trochę mi się wymknęły spod kontroli.
Muszę się przyznać, że nadal nie panuję nad odcieniami i oczywiście początkowo zrobiłam za ciemne jabłka, później rozjaśniłam je rozwodnioną białą farbą. Nie lubię tego sposobu rozjaśniania, bo wygląda bardzo nieprofesjonalnie, ale jak mus to mus.
Bardzo nie podoba mi się to, jak wyszły oczy. Postarałam się, żeby ładnie wyglądały od przodu, jednak zapomniałam, że bok również powinien jakoś się prezentować .-. Jestem tym bardziej zła, że zostawiłam tęczówki na sam koniec, kiedy wszystko inne było już gotowe, a tak jak pisałam już kiedyś przy ,,białookim papużku" - oczy mogą zepsuć cały model. I niestety tak się stało. Północ ma bardzo ładny kształt ślepi, jednak moje malowanie kompletnie to przesłoniło.
Skóra również wyszła zbyt ciemna. Miałam problem ze zrobieniem ładnego przejścia szarości w biel, chyba używanie dwóch rozwodnionych kolorów nie jest jednak najlepszym pomysłem. Następnym razem użyję więcej odcieni.
Najciężej było z wymionami i skórą między zadnimi nogami, z resztą zawsze miałam z ta partią trudności.
Ogon niestety strasznie utrudniał sprawę, bo w wiele miejsc ciężko było dostać się pędzlem. Pomalowałam jej nawet rzep ogonowy pod spodem, tak jak każe Aleksander z DPS, chociaż nie wiem, czy ktokolwiek poza nim zwraca na to uwagę.
To oko na zdjęciach wychodziło strasznie ciemne i przez to niestety nie za dobrze je widać. Muszę jednak przyznać się, że maksymalnie je zniszczyłam. Warstwa farby jest tak gruba, że aż na środku oka (tj. na skraju tęczówki) powstała wypukła grudka.
Swoją drogą nie podoba mi się, że ta grzywa jest tak jednostajna. Myślałam nad zrobieniem czegoś bardziej różnorodnego, przejść w szarość lub czegoś takiego. Nie podoba mi się, że nie odróżnia się od ciała. Biała wersja ostatecznie wygrała, ponieważ zależało mi na czasie. Miałam wrażenie, że przez ten pośpiech ogon będzie pełen nierówności, ale prezentuje się całkiem dobrze - nawet mimo że tuż po zabezpieczeniu werniksem (czy może lakierem? Nazywa się to lakier, ale sprawdza się dobrze jako werniks. Dziękuję za polecenie Yoni :)) musiał zostać pomalowany jeszcze raz i jeszcze raz spsikany.
To może brzmieć zabawnie, ale dzięki temu lakierowi jakoś przyjemniej trzyma się kobyłkę w dłoni. W końcu mam wrażenie, że werniks faktycznie chroni model. To przyjemna odmiana po poprzednich porażkach.

Tutaj pora na wtrącenie przeszkadzacza, który jeśli zobaczy mnie z aparatem, to nie przepuści okazji do narzucania mi się ze swoim językiem.
Którego obiektywu mi nie polizał? Chyba tylko Canona, bo nie używałam go odkąd August się pojawił. Nikon nosi na sobie ślad śliny niemalże od początku swojego pobytu u mnie.
Na prawej nodze widać szare zabrudzenie, które powstało nie wiadomo jak i nie wiadomo czemu. Chociaż spieszyłam się z malowaniem klaczki, to jednak przekładałam wciąż datę publikacji posta, bo chciałam zaprezentować już w pełni gotowy model. Nie po raz pierwszy okazuje się jednak, że na szybko to wyjść nic nie może i konika będę jeszcze musiała poprawić, i zapewne trzeci już raz spsikać werniksem.
Z jabłkami trochę było roboty, bo robiłam je aż w czterech etapach, a potem dodatkowo rozjaśniłam, jak już pisałam wyżej. Ostatecznie nie jestem jednak do końca zadowolona, bo w trakcie malowania miałam wrażenie, że końcowy efekty wyjdzie lepszy. I nie jestem w stanie powiedzieć, czy są lepsze od tych, które zrobiłam rok temu. Moje wątpliwości pomoże zrozumieć gość specjalny c;
Ktoś jeszcze pamięta Citro? :) Wróciłam na chwilę do domu ze względu na testy, które odbywaliśmy stacjonarnie, więc w drogę powrotnę zabrałam chłopaka ze sobą.
Naprawdę nie umiem stwierdzić, które z nich prezentuje ładniejszą wersję jabłkowitości. Następnym razem chyba spróbuję połączyć oba warianty. Zauważyłam za to pewną poprawę, jeśli chodzi o moją sprawność w posługiwaniu się pędzlem, bo o wiele łatwiej było mi stworzyć kształt plamek nawet podobnych do jabłek.
Przy tym customie wykonałam jednak całą masę niezbyt profesjonalnych zabiegów i chociaż moja nieprofesjonalność nie powinna dziwić - w końcu jestem amatorem - to te miejsca kolą mnie w oczy. Jednym z przykładów są pozostałości szarej sierści na stawach skokowych i nadgarstkowych.
Jeśli chodzi o kopyta, to próbowałam zastosować na nich ten sam sposób, co u Charlotte, jednak ze względu na żłobienia trudno było wcielić go w życie. Po raz pierwszy spróbowałam namalować również tę linię na górze puszki kopytowej, która zapewne ma jakąś nazwę, ale ja jej niestety nie znam.
Pielęgnacja kopyt - wszystko, co powinieneś wiedzieć! Gallop.pl
Z kopytek jestem zadowolona tak plus minus, nie jest tragicznie, a mogło być jeszcze gorzej, więc niech już sobie będą.

Zmieniłam ostatnio szerokość bloga i teraz zdjęcia mi się tak ładnie obok siebie mieszczą, tylko cały blog jest rozjechany c'x

Na ostatnim zdjęciu widać wyraźnie, że jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Przez to domalowywanie ogona jakimś cudem - nie mam pojęcia jakim - zaginęła mi tubka z białą farbą. Nie tubka nawet - ogromna tuba, którą w dodatku odłożyłam na swoje miejsce. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Byłam zrozpaczona, bo kiedy masz jedynie białą i czarną farbę, a potem jedna z nich tak po prostu znika, to możesz sobie malować palcem po ścianie, a nie o customach myśleć.
Teraz sądzę, że nawet dobrze się stało, bo w końcu mam pretekst do zakupu farby, która lepiej kryje. Malując Północ znowu rwałam włosy z głowy, bo nałożyłam milion warstw, ale szary werniks nadal uparcie prześwitywał spod spodu.
Tragedia okazała się tym większa, że nad koronką zauważyłam niedomalowany fragment. Postanowiłam pożyczyć jedną z farb siostry - swoją drogą jej farbami ubarwiłam również oczy Gwiazdy, dlatego są takie kolorowe ;) Okazało się, że białej nie ma w palecie, więc wzięłam zamiennik - a jako że było późno, a światło u mnie w pokoju nie jest najlepsze, to ten całkiem podobny (tylko dziwnie mieniący się) kolor, rano okazał się być farbą... srebrną.
Tak z innej beczki, to na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć jak nieprofesjonalnie pomalowałam stawy skokowe od wewnętrznej strony.
Winą pośpiechu jest również nierówna struktura kopyt od spodu. Nie mogłam niestety zaczekać, żeby farba wyschła, a potem nałożyć kolejnej warstwy - więc postarałam się zakryć wszelkie prześwity grubą warstwą, a jak widać to wyjście ma swoje słabe strony.
Jak pewnie zauważyliście kopyta są polakierowane, podobnie jak oczy. Zazwyczaj ich nie nabłyszczam, ponieważ do dyspozycji mam jedynie lakier do paznokci, któremu na modelach nieraz zdarza się kruszeć lub żółknąć. Tym razem jednak nie mogłam się powstrzymać, ponieważ te chrapy aż się o to prosiły. W dodatku uratowało to nieco wizerunek zbyt ciemnych kopyt - najwyraźniej zostały posmarowane lub przyczernione i stąd ten odcień c;
Ogółem jestem zadowolona z efektu, chociaż fakt, że w trakcie malowania spodziewałam się, iż mała wyjdzie o wiele lepiej, niż ostatecznie wyszła, bardzo mnie rozczarował. Niezbyt duża różnica w jakości jabłek mojego pierwszego jabłkowitego siwka i ostatniego tworu na pewno nie pomogła. Mimo wszystko wydaje mi się, że to mój najlepszy custom jak dotąd.
Gwiazda będzie na sprzedaż kiedy tylko zamaluję to okropne zabrudzenie na zadzie. Srebrną koronkę też by się przydało wymienić na białą c;
Klaczka została zabezpieczona primerem i werniksem.

A co Wy sądzicie o tej siwce? :)

No i przede wszystkim - życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt!
 
EDIT z 30.12.2020: defekt na zadzie został zamalowany, a klacz wystawiona na sprzedaż :) Srebrną koronkę ostatecznie jej zostawiłam c;

wtorek, 11 czerwca 2019

Mleczny dostaje nowe imię

Jak zapewne pamiętacie, w wakacje przedstawiłam w sporym skrócie schleichowego holsztyna nr 13859, czyli Mlecznego.
Zaraz po zrobieniu mu zdjęć wzięłam się do ostrej przeróbki. Aż wióry leciały c;

Ale Was na pewno najbardziej ciekawi sam efekt końcowy c; Nie chciałabym, abyście przewijali bezmyślnie dalej, byle dobrnąć do sedna. Może po prostu pokażę Wam jak konik wygląda teraz (;

Mleczak przed:
A tu konik już o innym imieniu :)
Tak tak, nowe życie nowe imię (:
Długo szukałam, aż spodobało mi się Citro. Przypomina mi Citroen albo citron (z francuskiego cytryna). Oba słowa kojarzą mi się z metalem i jakąś potęgą, także ze słowem tytan (co jest jednak dość śmieszne, zważywszy na fakt, że citron to cytryna). Samo Citro jest krótsze i według mnie bardziej pasuje dla konia skokowego,  jakim od początku Mleczny wydawał mi się być.

Reszta zdjęć na końcu d;

Wracając do przemiany.
Najpierw zdarłam jego grzywę i ucięłam ogon.
Następnie zabrałam się za niedoskonałości reszty ciała. Skrobałam szyję, kłodę, podbrzusze, nogi, kopyta; nawet pysk i uszy nie uniknęły zmian.
Zmieniałam już odrobinę fryza, ale plastik holsztyna był miękkszy i plastyczniejszy, co nie znaczy jednak, że było to proste zadanie. Sam ten etap u jednego przecież Schleicha zabrał mi dobre dwa tygodnie, a zmian wcale nie było tak dużo.
Nie uwierzycie ile wiórów z tego wyszło. Na zdjęciu jest jakaś 1/100 cx
W ciągu jednego dnia od oskrobania konia na kremowym plastiku pojawiał się ciemniejszy osad. Rysa na brzuchu pokazuje kolor bez osadu.


W kolejnym etapie wyrównałam nierówności papierem ściernym i starłam wałachowi sierść (nie całą wprawdzie, ale postarałam się jak najwięcej).
Nie użyłam papieru ściernego do okolic ścięgien, bo niezbyt się tam dało, ale ogółem w tym miejscu kończyny ma przeze mnie posiepane i zawaliłam sprawę xc
Powyginałam mu także nogi gorącą wodą - musiałam, bo przez te zmiany na odcinku koło ścięgien niezbyt dobrze stał, no ale teraz niestety nogi ma krzywe - i postarałam się wygiąć uszka bardziej do siebie, lecz niestety się odgięły :c
Tutaj następuje cała sesja wszystkiego, którą mówiąc szczerze uwielbiam, światło było świetne i zdjęcia są szczegółowe. Widać wszelkie ryski, niedociągnięcia, gdzie powinnam jeszcze dotrzeć papierem ściernym, ba, na jednym zdjęciu szczegółowo widać nawet fakturę - toteż mój komentarz byłby tutaj zbędny.




















Tutaj widać fakturę *.*












Nacykałam mu zdjęć, a że były w dobrej jakości to co, dodałam c': Naprawdę, byłam z niego dumna jakbym sama go wyrzeźbiła cx
 Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem soniaka, spisał się na medal, tylko nieliczne fotki wyszły rozmazane (jak ta wyżej).
Dobre światło czyni cuda.


Teraz mogłam wziąć się za malowanie i ta część zabrała mi najwięcej czasu, głównie przez kolosalne przerwy.
Chciałam zrobić mu poprawioną wersję jego maści, czyli siwej jabłkowitej.

 Wzorowałam się na bardzo wielu zdjęciach. Kolor konia próbowałam przybliżyć do siwka na jednym z nich, ale wyszedł za jasny i musiałam przyciemnić go mocno rozwodnioną czarną farbą.
 Kończyny pomalowałam na ciemniejszy kolor, ale na dole zostawiłam miejsce na skarpetki.
 Błędem było, że pomalowałam początkowo dół jasnoszarą farbą. Nie róbcie tego cx
 Dopiero potem użyłam białej, tak jak powinnam była zrobić na początku.


 Mówiąc szczerze spodziewałam się nieco lepszych efektów, ponieważ robiłam już coś podobnego na siwku z zestawu Paint Your Dream Horse (siwus nigdy nie został skończony).
Potem zrobiłam białe plamki, jako podstawę dla jabłek.





 Na początku starałam się jeszcze odwzorować jako-tako kształt jabłek, ale potem zaczęłam robić po prostu pokrzywione owale.
 Przed jabłkami zrobiłam jeszcze rozjaśnienia w odpowiednich miejscach.

 Jedną z rzeczy z których jestem dumna, to przejścia futra i skóry na pysku oraz puzderku.

 Zaczęłam robić gwiazdki  na namalowanych już białych plamkach, według sposobu który przyuważyłam na pewnym customie Totilasa. Na tamten wyglądał oczywiście milion razy lepiej, ale chyba nie jest tak źle c;
Rozjaśnienia na szyi, z nich też jestem dumna ^^




 Dokładniej do tego miejsca jabłka wyglądały nawet dobrze i cieszyły moje oczy. Potem, od zadu było już nieco gorzej...
Na brzuchu dodałam też jaśniejszy pasek w charakterystycznym miejscu.
A druga strona to już w ogóle x~x


Na zdjęciach prawdziwych koni widać było, że na brzuchu jabłka są ciut mniejsze. Po obu stronach zrobiłam na brzuchu mniejsze plamki, tylko że jakimś cudem z lewej strony malując gwiazdki zaczęłam bardzo, bardzo wyjeżdżać poza białe kontury.
Te gwiazdki x-x
Chociaż patrząc ogólnie nie wygląda to aż tak źle.








v Kolejne przejście z którego jestem dumna v


I z tych krech na szyi też jestem c;
Potem przyszła pora na kopyta. Użyłam starej farby z zestawu kreatywnego od Breyera, niestety była już dość podeschnięta.

mieszanina tej farby z białą


...stąd farba na przejścia musiała zostać bardzo rozwodniona.
v Niżej już z domalowanymi koronkami v





A teraz część, której najbardziej się bałam. Mój białooki papużek (nazywałam go tak na tamtym etapie, chyba z powodu kształtu szyi c; ) miał dostać kolorowe ślepia. Oczy. Oczy mogą zepsuć cały model.
No i wiecie, cieszycie się, że macie ładny model, a potem okazuje się, że łeb ma jak kalafior, bo źle namalowaliście tęczówki.
Poza tym nie chciałam ponownie malować obwódek.
Najpierw użyłam granatu, według wszelkich porad dot. malowania oczu.
Robiłam to  bardzo dokładnie, no bo wiecie c;
Potem użyłam brązu. Powinnam była zostawić granatową źrenicę, no ale nie jestem mistrzem pędzla i nie umiałam.

Toteż domalowałam ją ponownie granatowym.
Ale powiem Wam, że miał strasznie, strasznie ciemne oczy. Trudno im było zrobić zdjęcia (to powyżej musiałam prześwietlić), a poza tym ziała z nich taka czerń...
No to rozwodniłam jaśniejszą farbę i powlokłam nią jeszcze po tęczówkach. Pomogło.
Na samym ostatku zrobiłam grzywę i ogon.


Na zdjęciach są pudełko i zakrętka pudełka z wykałaczkami
Były mi niezbędne przy przyklejaniu
 Nakleiłam jeden pasek na szczyt szyi, tak jak pamiętałam z książeczki Breyera. Nie był jednak tak zbity jak być powinien x.x
 Przykleiłam także jeden kosmyk grzywki, ale te wszystkie moherowe włosy były okropnie... niesforne x~x
Fakt, przeleżały w torebce kilka lat, bo też są z jednego z zestawów PYDH.
 Ucięłam również kosmyk na ogon.
 Wstyd się przyznać, ale dopiero teraz przypomniałam sobie o werniksie. Trudno, popsikałam konika i musiałam go na cały kolejny dzień odstawić, żeby wyschnął.
Wprawdzie farba nie była klejąca, ale wolałam spryskać go dla lepszej ochrony.

Ogon po doczepieniu pierwszej partii włosów wyglądał tak:

 Doczepiłam warstwę podspód

Z przycięciem wszystkich kosmyków równo namęczyłam się niemiłosiernie cx
 oraz do boków.

 Rzep ogonowy wyglądał masakrycznie, ale obcięłam nożyczkiami niesforne kosmyki. Niestety właściwe zdjęcie mi gdzieś zaginęło, no ale tutaj macie zastępcze:

Kiedy doczepiałam grzywę miałam nadzieję na efekt naturalnie wyrastających z szyi włosów, dzięki końcówkom z drugiej strony.
Myliłam się.
W ogóle miałam bardzo duży problem, na którą stronę dać grzywę. Chciałam zrobić tak jak była w oryginale, ale bardziej podobała mi się prawa strona szyi (zwłaszcza góra) i nie miałam ochoty jej zakrywać. Ponadto dochodzi jeszcze kwestia z której strony ta grzywa w ogóle będzie lepiej wyglądać.
W końcu zrobiłam grzywę z lewej. Ostatecznie nawet jej nie przycięłam tak jak miał fabryczny model.
Przyczepiłam resztę pasm i dodałam drugi lok do grzywki, ale na to nie mam dobrych zdjęć.
 A potem do akcji weszły nożyczki.
 Nie wyszło za pięknie, taki równy klosz, w dodatku klej stworzył gumowatą warstwę x~x
 No i musiałam jeszcze domyć resztki kleju (widoczne na zdjęciu poniżej).
Na szczęście łatwo zeszły.
Aby ostatecznie zwalczyć niesforność fryzury delikatnie przylizałam ją wodą.
Jak zaschło zniknęły te strąki ^
Swoją drogą na ostatnich zdjęciach widać Schleicha, którego dostałam pod choinkę, a który okazał się być panem pinto 13794.  Dostał ode mnie imię Rudolf i obecnie wygląda tak:
Jestem zadowolona, bo prace nad nim idą dość szybko (jak na mnie cx), a miał do przeróbki więcej niż Citro. Postępy będziecie mogli oglądać na moim Instagramie (tak postanowiłam i spróbuję się tego trzymać cx).

Citro miał iść na sprzedaż, ale bardzo spodobał się mojej siostrze i ostatecznie jej go oddałam. W zamian pozwoliła mi sprzedać Rudolfa, no bo przecież to od niej go dostałam c; 

To jak wyrzeźbiłam szyję Rudego określiła jako masakrę, więc byłam o niego spokojna, a teraz przebąkuje coś, że Rudy jest ładny i mogę jej go oddać, a sprzedać Citro. Zastrzelić się z nią można c;


A teraz crème de la crème, czyli zdjęcia samego konika. Tym razem bez podpisów, ja już się nagadałam c;

Nie są może najpiękniejsze, ani takie jak to sobie wymarzyłam, ale wiecie, klasyka: słońce mnie nie lubi, Canon nie współpracuje. Fakt, iż w ogóle mam coś nadającego się do wstawienia, jak zwykle zawdzięczam niezastąpionemu Soniakowi, co do którego mam nadzieję, przekonałam Was, że to, mimo wszystkich swoich ograniczeń, super sprzęt. Sesja Mleczaka w wersji białej mówi sama za siebie c;
Po słabych zdjęciach na dworzu próbowałam i Soniakiem, i Canonem, zrobić fotki w domu, ale wyszło jeszcze gorzej.
Wizja kolejnego wyjścia jawia się dość problematycznie, więc sami rozumiecie, jak wdzięczna byłam widząc, że po przegraniu na komputer część tych fotek z dworu jakoś wygląda c;



Najładniejsze zdjęcie szyi z tej strony, tylko ktoś tu mi wlazł butami -.-




































Niezbyt ostre, ale jedyny taki kadr, a to moje ulubione jabłka



Przyjemnie pisało mi się ten post, pomimo TAKIEJ ilości zdjęć. Może dlatego, że jestem dumna z Citro, może i przez to, że nie wstydzę się tych zdjęć. Cieszę się, że publikuję przemianę Citro akurat dzisiaj, bo dziś są moje urodziny :)
*nie rzucajcie się do życzeń z rumieńcami wstydu, w końcu nigdy przedtem o tym nie wspominałam*

Tutaj dochodzi jeszcze jedna informacja. Wprawdzie uwielbiam Soniaka i nieraz ratował mnie z opresji, a czasem wręcz otwieram usta i ze zdziwieniem oglądam, jakie cuda staruszek nacykał (wspomnę raz kolejny, a pewnie i nie ostatni, zawartą tu sesję białaska), ale jak na pewno poznaliście po moich licznych narzekaniach od dawna marzył mi się nieco lepszy aparat. Poza tym był moment, że zaciął się obiektyw tego malucha i strach zajrzał mi już w oczy, bo części zamienne do niego ciężko byłoby obecnie znaleźć gdziekolwiek
Na dzień dzisiejszy nie trzymam co prawda niczego w łapkach, ale mam potwierdzenie, że jako prezent dostanę lepszy sprzęt :) Kiedy - nie wiem - sama pewność jest dla mnie czymś cudownym ^^ Sądzę, że to dla Was dobre wieści c; Koniec narzekań i (mam nadzieję) lepszy wygląd bloga zbliżają się do jabłkowo-aniołkowego rancza... :D

Co nie zmienia faktu, że wyrażam mój podziw dla starego metalowego pudełka firmy Sony, które wycisnęło coś z siebie jeszcze i na ten post c; No i cieszę się, że mój komputer wytrwał, bo cośtam do chłodzenia procesora ma zepsute i w upały wyłącza się po kilku minutach, no ale dzięki podkładce do chłodzenia udało mi się przetrwać bez nieustannego włączania od nowa.

Późno już miałam ten post wstawić do 22, więc chyba pora kończyć, zwłaszcza, że gadam już trzy po trzy, więc zmykam, zanim Wam jeszcze całą historię mojego komputera opiszę cx