czwartek, 16 maja 2024

O niezwykłym koniu i niemożliwych ludziach

Gniady z koronkami na obu tylnych nogach i znakiem ,,A" wypalonym na lewym zadzie. Mierzył 156cm i był kurtyzowany (ucięto mu ogon)
 Dzisiaj znów nie-modelowo, o historii, która bardzo mnie poruszyła.

Myślę, że część z Was słyszała kiedyś o Adamie Królikiewiczu, pierwszym zdobywcy olimpijskiego medalu dla Polski w kategorii indywidualnej. W 1924r. razem z Picadorem wywalczyli dla naszego kraju ten historyczny brązowy medal na igrzyskach w Paryżu.

Zabawne, coś co zawsze było dla mnie tylko krótką podręcznikową notką, której nawet nie mogłam spamiętać. A potem trafiłam na fragment zdigitalizowanych zapisek Królikiewicza i już chyba nigdy tej historii nie zapomnę.

Picador miał coś, co zawsze mnie fascynuje - był koniem ,,nietakim". Niesportowym, z nie takim rodowodem i w ogóle budową nie taką. Urodzony do ciągania wozów, służył w wojsku w trakcie dwóch wojen (I światowej i bolszewickiej) i zdążył skończyć 12 lat, zanim w końcu postanowiono go zajeździć. Można zatem śmiało stwierdzić, że swoją przygodę ze sportem rozpoczął późno.

Picador i rotmistrz Michał Woysym-Antoniewicz

Wtedy jeszcze nosił imię Maciek, a jego talent do skoków został odkryty zupełnym przypadkiem. Królikiewicz malowniczo opisuje, jak na jeździe próbnej spanikowany Maciek uciekł do stajni razem z jeźdźcem na grzbiecie, pokonując stojące mu na drodze dwie żelazne barierki wysokości koło 110cm. 

Jak można się spodziewać, po tym wyczynie jeździec miał konia szczerze dosyć. Przyszły medalista olimpijski łatwo go przekonał, by wymienił Maćka na innego rumaka ze szwadronu Królikiewicza. 

źródło

Początek pracy z przyszłym Picadorem Królikiewicz opisuje jako istne tortury. Jak wspomina w swoich zapiskach:
Ten koń postanowił chyba uprzykrzyć mi życie. Ja z resztą nieraz odwdzięczałem mu się tym samym. Nieustępliwie męczyłem jego i siebie.*

*A. Królikiewicz ,,O koniu! Portret olimpijczyka Picadora", 1958 - wersja z Polskiej Cyfrowej Biblioteki jeździeckiej

 Tutaj pora na wzmiankę o czymś, co niezwykle mnie zaskoczyło. Może nie wybrzmiewa to w tym fragmencie, ale sam Królikiewicz miał zaskakująco ,,nowoczesne" poglądy, jeśli chodzi o konie. Własnym doświadczeniem doszedł do wniosków, które do dziś są trudne do pojęcia dla, nazwijmy to, mocno ,,tradycyjnych" koniarzy. Również tutaj wspomina, że jego ciągła walka z Maćkiem wynikała z braku doświadczenia i licznych błędów w pracy. Wstawił nawet fragment myśli, które jego zdaniem najpewniej pojawiały się w głowie wałacha c;

źródło

Nawalczył się z Maćkiem niesłychanie, nasłuchał się opinii bardziej doświadczonych jeźdźców, że z tego konia nic nie będzie. A mimo to jakimś cudem przerobił tego zaprzęgowego, zaciągniętego w pysku konia na skoczka. 

Zapewne był to stopniowy proces wzajemnego docierania się pary koń-jeździec, ale sam Królikiewicz napisał, że pewnego dnia wsiadł na Maćka, a ten po prostu dał mu się prowadzić, bez buntów. I od tego czasu dało się z nim normalnie pracować.

Przed pierwszymi startami Maciek otrzymał imię Picador, pod którym potem znała go cała Polska i Włochy.
Pół żartem pół serio, nie jestem w stanie Wam powiedzieć, co takiego Picador osiągnął w sporcie. Wprawdzie Królikiewicz opisał jego sukcesy bardzo dokładnie, ale ni cholery nie rozumiem na czym polegał dawny system zawodów.

Podam może w uproszczeniu, to, co zrozumiałam.
Przede wszystkim ten słynny brązowy medal na VIII Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu, który był pierwszym olimpijskim medalem zdobytym przez Polaka w kategorii indywidualnej.


Tutaj pora na anegdotkę historyczną, bo według opisu Królikiewicza Polska zasłużyła na srebro, a Włoch, który nam je odebrał, powinien zostać zdyskwalifikowany:

Przez niewybaczalne przeoczenie olimpijskiego jury i naszego przedstawicielstwa - Polska straciła wtedy srebrny medal. Świetny jeździec włoski, kapitan Lequio, z którym niejednokrotnie walczyliśmy o palmę pierwszeństwa, podczas olimpijskiego przebiegu na stadionie Colombe skorzystał z obcej pomocy. W pewnym momencie, gdy Lequio spadał z konia ,,Trebecco", przygodny fotograf podtrzymał go i wsadził z powrotem w siodło. Według międzynarodowych przepisów jeździeckich - skorzystanie z takiej pomocy - wyłącza jeźdźca całkowicie i bezapelacyjnie z danego konkursu.*

 *A. Królikiewicz ,,O koniu! Portret olimpijczyka Picadora", 1958 - wersja z Polskiej Cyfrowej Biblioteki jeździeckiej

W stulecie tych wydarzeń ciężko mi się złościć o stracony srebrny medal, za to niezwykle rozbawił mnie koncept podobnego wydarzenia na zawodach rangi olimpijskiej. I jestem pełna podziwu dla Włocha, który mimo tego, że prawie spadł, pokonał tor w lepszym czasie od Polaka.

Nasza ekipa na Międzynarodowe Zawody Hippiczne w Nowym Jorku.
Od lewej: rotmistrz Królikiewicz na Picadorze, major Michał Toczek, porucznik Kazimierz Szosland
Sukcesy święcili także w Nicei. Tutaj pora na część, którą nie do końca rozumiem. 

Otóż w latach 1923-1926 Królikiewicz na Picadorze zdobyli wiele nicejskich trofeów, w tym te najwyższe, jak Wielka Nagroda Miasta Nicei. Liczba ich zwycięstw była tak ogromna, że... Picador stracił prawo do startów w nicejskich konkursach wojskowych. Na jakichś zasadach związanych z handicapem. Domyślam się, że przekroczył taki próg punktowy, że nie mógł już gościć na podobnych wydarzeniach.
Taka - skądinąd ciekawa - zasada istniała jedynie na torze w Nicei i wedle słów Królikiewicza - żaden inny koń nie zdobył tylu trofeów, by dostąpić, jak to ujął, ,,tak nonsensownego zaszczytu" bycia wykluczonym z nicejskich zawodów.

Wiem, po chińsku jakoś zrobione (; Ale pokazuje klasę tego niezwykłego konia.

Jasiek i Picador z ordynansem Janem Bieńkowskim
Królikiewicz wymieniał, że Picador wygrywał w Nicei i Rzymie [...], w Neapolu, Mediolanie, Lucernie, Paryżu i w Fontainebleau, w Londynie i w Aldershot w Anglii*. Nie mam pojęcia w jakich źródłach mogłabym sprawdzić ich starty, więc zawierzę Królikiewiczowi, że o niczym nie zapomniał. Po wykluczeniu z zawodów wojskowych startowali jeszcze w Nicei w zawodach cywilnych.
Wspomniany Puchar Narodów w Nowym Yorku był wprawdzie reklamowany zdjęciami z Picadorem, ale Królikiewicz wystartował na swoim drugim koniu - Jaśku.
 
*A. Królikiewicz ,,O koniu! Portret olimpijczyka Picadora", 1958 - wersja z Polskiej Cyfrowej Biblioteki jeździeckiej

Starty startami, ale najbardziej utkwi mi w pamięci ,,niemożliwy skok" Picadora.
Nie mogę znaleźć teraz, skąd mi się wzięła ta nazwa. Chyba sama ją wymyśliłam cx Jednak musicie przyznać, że jest całkiem trafna. Picador wsadził tylne nogi w przeszkodę, a mimo to jakimś cudem dał radę się odbić i pokonać ją bez zrzutki.

 

Smutny koniec Picadora

źródło
Długo rozwijałam tę historię, a teraz będę krótko kończyć, mimo że to ta końcówka wstrząsnęła mną najbardziej. Bo niestety, ta wspaniała opowieść nie kończy się szczęśliwie.

Królikiewicz był zmuszony sprzedać Picadora. Jako 17 letni wałach nie był w tamtych czasach pożądanym rumakiem. W Rzymie wpadł w oko hrabinie Dentice di Frasso, która ze względu na jego sławę zaproponowała za niego kwotę niespotykaną przy zakupie tak wiekowego konia.

Królikiewicz bardzo przeżył sprzedaż przyjaciela. Zastrzegł sobie prawo do ostatnich startów na Picadorze w konkursach neapolitańskich i w Mediolanie. Prosił także hrabinę o kontakt, w razie gdyby miała konia sprzedawać.
Razem z żoną przepłakali całą noc, a on sam wspominając to wydarzenie napisał pełne żalu słowa:

Część mojej duszy oddałem za pieniądze. Było to przeżycie podobne do straty kogoś bardzo bliskiego i bardzo kochanego. Nie mogliśmy się z tym pogodzić.*

*A. Królikiewicz ,,O koniu! Portret olimpijczyka Picadora", 1958 - wersja z Polskiej Cyfrowej Biblioteki jeździeckiej

źródło

Zgodnie z umową po ostatnich wspólnych startach Królikiewicz zostawił Picadora z jego nową właścicielką. W wyższych konkursach prezentował się jeszcze w parze z majorem Borsarelli, jednak bez spektakularnych sukcesów. Później zakończył karierę sportową, jedynie pani di Frasso od czasu do czasu startowała na nim na prowincjonalnych zawodach dla amazonek.

W 1932 roku Królikiewicz odwiedził Picadora, zadbanego i szczęśliwego w jego ówczesnym domu.

Rada byłabym mogąc tą historię tu zakończyć, pisząc jak sławny koń długo i szczęśliwie wiódł żywot u bogatej hrabiny. Niestety, już niedługo sprawy przybrały ciemniejszy obrót.

Jeszcze w tym samym roku hrabina zbankrutowała i sprzedała konia handlarzowi. Królikiewicz wbrew wcześniejszym ustaleniom nie został o tym poinformowany. O losie Picadora dowiedział się dopiero dwa lata później, od przygodnego włoskiego jeźdźca. Udało mu się odnaleźć handlarza, do którego koń trafił, ten jednak z niezmąconym spokojem poinformował go, że konia... zjedli. I wyjaśnił krótko, że nie mógł przecież utrzymywać kopytnego, który był już do niczego.
źródło
Strasznie frustrujący koniec tak wspaniałego końskiego życiorysu. Utalentowany, zasłużony, zdobywca wielu nagród, sławny na cały Rzym, Polskę i znany na świecie. Zjedzony przez handlarza, bo nie mógł mu się już na nic przydać.
I hrabina di Frasso, niby nie będąca tutaj negatywną postacią. Ale jednak historia Picadora zapewne skończyłaby się pozytywnie, gdyby Królikiewicz został poinformowany o sprzedaży, tak jak prosił wiele lat wcześniej.
źródło
Nie mam pewności, ale zdjęcie najprawdopodobniej przedstawia Picadora
Natchnęło mnie to do wielu przykrych refleksji, bo czasy się zmieniły, a my niestety nadal mamy w jeździectwie zarówno kochających koni ,,Królikiewiczów" jak i takich ,,handlarzy". I chociaż obecnie w dobrym guście jest zapewnienie sportowym koniom emerytury, to istnieją inne wstydliwe aspekty i praktyki jeździeckie, o których nikt głośno nie powie, bo brzmią zbyt okrutnie.
Przeraża mnie ludzki egoizm.
Sławny Picador, znany w Rzymie i całych Włoszech, czyli właśnie w okolicach owego niesławnego handlarza. Pierwszy polski zdobywca medalu olimpijskiego. Jedyny koń, który dostał zakaz startów w Nicei. Niezwykły atleta, zdolny do ,,niemożliwego" skoku.
Kim jeszcze musiałby być, żeby zasłużyć na ludzki szacunek?

Nie wiem... i chyba nie chcę wiedzieć. Życzę sobie, Wam i koniom, żeby było wśród jeźdźców więcej naśladowców Królikiewicza, a mniej ludzi bez serca do zwierząt.

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

I am still standing


 I am still standing - ta piosenka towarzyszy mi od przygotowań do matur, kiedy to szykowałam się, żeby ponieść konsekwencje moich szalonych wyborów rozszerzeń. I gra mi w duszy po dziś dzień, bo nadal mierzę się z konsekwencjami moich szalonych życiowych wyborów.

Byłam na studiach i stwierdziłam wyraźnie, że to nie moja bajka - po prostu. Dzisiaj, po diagnozie, mogę już wyjaśnić dokładnie, że to wina mojego ADHD, że układ zajęć dziennych zabija resztki jakichkolwiek prób zorganizowania się, że małe studenckie zadanka są dla mojego adhdowego mózgu jak schody z dwumetrowymi stopniami. I że koniec końców chciałam robić wszystko, a nie robiłam nic, i ten stan mnie dobijał.
Wtedy mogłam jedynie powiedzieć, że studia nie są dla mnie i tyle. Rzuciłam to cholerstwo, stwierdziłam krótko - szkołę skończyłam i nie wracam, tęsknić nie będę. Poszłam do roboty. I w sumie było fajnie.
Więc jakim cudem znowu jestem na studiach?
 
Rozglądam się teraz po tym chaosie dookoła i mam go dosyć coraz bardziej. Postów na blogu nie ma, zero nowych customów, sprzętu nawet nie opisałam. Blog podupadł i doskonale zdaję sobie sprawę, że to z mojej własnej winy. Co to ma być? Halo! 
W 2019 roku padając na twarz napisałam 20 postów, a w ostatnich latach zaledwie 7 i 8. Te statystyki mnie przerażają.
Szykuję Wam post o pieskach, ale zapchałam komputer i teraz muszę kombinować jak przegrać zdjęcia, a mój adhdowy mózg ma error, bo to już za dużo do roboty.
Rysunków też nie kończę prawie wcale i dostaję cholery, bo zawsze coś jest nie tak jak być miało.
Umarłam i nie żyję, i nie wiem co robię całymi dniami. Turlam się do przodu chyba.

Bardziej krótka notka niż post, chciałam tak dać znać, że jeszcze stoję i walczę, i szykuję ten nowy post. No i poskarżyć się trochę na moje nieogarnięte życie, bo gdzie jak nie tutaj.

A do maturzystów - trzymam kciuki, dacie radę kochani! Mogę kogoś nauczyć rozprawki na podstawę, tak last minute jeśli ktoś naprawdę nie ogarnia. Ale mam nadzieję, że Wy tam już wszystko ogarniacie c;

czwartek, 28 marca 2024

Kolorowe paso fino... jedne i drugie

https://www.breyerhorses.com/blogs/news/april-round-up-the-1980s

Dzisiaj post dla nacieszenia oczu, bo ze zdjęć to najchętniej powstawiałabym wszystkie, jakie tylko znalazłam.

Szperając po archiwach Identify Your Breyer natknęłam się na ciekawego gagatka, a mianowicie Percipitado Sin Par, syna słynnego El Pastora, który dostał od Breyera cały mold na własność.

Sam Percipitado otrzymał jedynie serię modeli na tymże moldzie, ale nie o tym teraz.
źródło
Niektórzy z Was pamiętają może, jak wspominałam w poście na temat rasy paso fino (klik), że jej przedstawiciele teoretycznie występują w wielu maściach, ale ja sama jak dotąd nie natknęłam się na srokacza, który nie trąciłby mieszanką. 
Nietrudno się wobec tego domyślić, że fakt iż Percipitado pomimo swojego barwnego umaszczenia był opisywany jako paso fino niezmiernie mnie zaintrygował. W dodatku na zdjęciach faktycznie na takowego wyglądał.
Udało mi się znaleźć jego rodowód (niestety musicie wejść w zdjęcie, przy większym rozjeżdża mi się strona).

https://www.allbreedpedigree.com/precipitado+sin+par
Wierzcie lub nie, Percipitado Sin Par faktycznie ma cały rodowód paso fino, i to NAPRAWDĘ cały, opisany bardzo dokładnie aż do przodków z XIX wieku. O jego prapradziadku Resorte I można przeczytać całą notkę: 

Resorte był gniady, tego samego koloru co Rebeldia, Rebelde i Cerezo, które są dziś dobrze znane i są także jego potomkami. Miał białe znamię na nodze i gwiazdkę napysku, był bardzo piękny, miał bardzo długą i podniesioną szyję, która wyginała się i dławiła(?) w połączeniu z głową. Miał małą głowę i najpiękniejsze uszy, jakie można sobie wyobrazić. Nie był zbyt duży, był dość długi, ale osiodłany wydawał się ogromny. Miał chód fino-fino i kładł się nisko, abyś mógł na niego dosiąść. Czasami po prostu zatrzymywał się i wściekły zaczynał się trząść, a jego żyły prześwitywały przez bardzo cienką skórę. Wielu jego potomków odziedziczyło jego zły temperament.

Całkiem sporo informacji jak na konia z początków XX wieku!
Jedynie w pradziadkach Ace of Midnight i La Cascarilla nie mają przodków wpisanych na stronie, a w drzewie Otelo brakuje linii matki. Są to jednak niewielkie luki jak na internetowe drzewo konia z egzotycznego kraju c;
Marisol Sin Par, matka Percipitado (źródło obrazu)
Co więcej, możemy wyczytać, że zarówno jego matka, jak i dziadek od strony matki również byli srokaczami.
Sam Percipitado Sin Par, zwany także Cips dwa razy pod rząd wygrał Mistrzostwa Stowarzyszenia Właścicieli i Hodowców Paso Fino (Paso Fino Owners and Breeders Association Championships) i już sam fakt, że został do nich dopuszczony, świadczy na korzyść jego czystości krwi.
 
Tak oto oczy moje otworzyły się ze zdziwienia, a serce przepełniło się radością na widok tego niebywałego dowodu, że paso fino mogą być - i są! - srokate.
Chodzę teraz po różnych stronach, natykając się na coraz to nowsze przykłady srokatych fino i zastanawiam się, jakim cudem mogło mi to wcześniej umknąć?
Fakt faktem przydomek Sin Par pomógł w poszukiwaniach, bo ta linia jest pełna łaciatych koników.

Tak trafiłam na kilka ślicznotek z przedstawionymi rodowodami -  jak owoce hodowli 501 Paso Fino (ich strona i ich konto na fb), czyli między innymi:
...albo podopiecznych hodowli Trademark Farms (ich strona oraz konto na fb):
Tuscon TM - kiedy wyszukacie ,,pinto paso fino" najpewniej wyskoczą Wam zdjęcia właśnie tego karego łaciatka
Curandero T
LS Alejandro
Peca de Los Robles
Można znaleźć oczywiście o wiele więcej przykładów srokaczy paso fino ;) Ale chciałam ograniczyć się do koni, którym mogę zajrzeć w rodowód i potwierdzić czystość krwi. Znalazłam choćby takiego kwiatka: Santiago, wzorowa budowa, no dałabym sobie rękę uciąć, że to czysty fino...
źródło
...i teraz bym, parafrazując klasyka, nie miała ręki. Połowa rodowodu to NN, 1/4 peruvian paso pomieszany z anglikiem, a ta 1/4 która niby jest ,,paso fino" ma dolewkę rasy criollo.
 
Nie mniej jednak niewątpliwie srokate paso fino czystej krwi istnieją co było do udowodnienia. Od razu nasuwa się na myśl kolejne pytanie - jakich jeszcze mogą być maści?

Do głowy pierwsze przyszło mi cremello, głównie przez to, że napatoczyłam się na tę rolkę (klik). Niestety nie znalazłam szczegółów na temat tego konkretnego konika, aleee znalazłam inne fino.
 
Jedynym z nich jest chociażby ogier Venganza de Dios, zwany także Gonzo. Jego strona na fb (klik).
Za przekłamanie można uznać, że w praprapradziadkach pojawiają się inne rasy, takie jak koń peruwiański, trocha colombiana czy trote y galope colombiano (mieszanka paso fino x luzytan)... ale to tyle pokoleń wstecz, że przymknę na to oko.

Natknęłam się także na Rayito de Oro (zdjęcia z facebooka hodowli Rancho mi Estrella), który w swoim rodowodzie na stronie All Breed Database (klik) ma nie tylko wyłącznie przodków paso fino (poza praprapradziadkami Daltonem Dz i Bayardą, których pojawienie się w i zepsucie tego pięknego czystego paso drzewa geneaologicznego uważam za dopust Boży) ale także informację:
 
"100% Puerto Rican Paso Fino(Threatened breed)"

No i ten Puerto Rician Paso Fino zabił mi ćwieka, bo od biedy samo Puerto Rician można uznać za miejsce hodowli tych koni... ale żeby to była zagrożona (threatened) rasa?
 
I tak oto natrafiłam na kolejną wiedzę tajemną c; Posiadłabym ją wcześniej, gdybym zajrzała do angielskiej Wikipedii - no ale kim ja jestem żeby czytać jakąś tam Wikipedię :')

Jeśli dobrze rozumiem, paso fino mają dwa główne rodzaje:
Puerto Rician Paso Fino
i Caballo Criollo Colombiano - właśnie te, o których wcześniej popełniłam posta (klik).
Różnią się historią, miejscem hodowli, mają nawet osobne zawody (dlatego najwyższe mistrzostwa paso fino to mistrzostwa kraju - nagle wszystko staje się jasne!). 
Rayito de Oro
Ten podział jest dość mocno przestrzegany, rozróżnia się linię puertorykańską od kolumbijskiej nawet wśród koni, które mieszkają w innych krajach. Z tego co zauważyłam konie z przeciwnych linii często się mieszają, chociaż dla ratowania zagrożonej linii puertorykańskich paso powstała specjalna organizacja, która pilnuje czystości krwi - a zwłaszcza, żeby nie mieszały się z CCC. Więcej o samych Puerto Rician Paso Fino możecie przeczytać na tej stronie: klik!

Chociaż, powiem Wam szczerze... no bij zabij, ja różnicy między jednymi a drugimi nijak nie widzę!

Pora na - w moim odczuciu - gościa specjalnego, bo ta klacz wymagała ode mnie najwięcej szukania, ale oto jest - Hija de los Vientos!
Na stronie hodowli La Caballeriza, jest podana informacja, że to cremello. Natomiast na All Breed Pedigree (klik) wpisano ją jako siwkę. Tutaj rodzi się dylemat, bo po zdjęciu ciężko poznać jej maść - może siwa, może faktycznie cremello?
Jej ojca opisano jako izabela - daje to szansę na cremello, ale równie dobrze mogła mieć siwą matkę i odziedziczyć jej maść.
Warto jednak zauważyć, że jej potomstwo w składzie (jeśli dobrze rozszyfrowałam chińskie zapiski ukradzione z jej strony All Breeds Pedigree):
  • Valrico - wałach cremello, ur. 1978, ojciec: Dulce Kaluha;
  • Esperanza de Vez - klacz palomino, ur. 1980, ojciec: Contrante De Omega;
  • Fuego de Vez - ogier palomino, ur. 1981, ojciec: prawdopodobnie Incendo Que B;
  • Casanova de Vez - wałach palomino, ur. 1983, ojciec: Coral LaCE;
  • Coral's Classic deVez - klacz palomino, ur. 1985, ojciec: Coral LaCE;
  • Coral's Don Dorado de Vez - ogier palomino, ur. 1987, ojciec: Coral LaCE;
  • Coral's Valentina de Vez - jelenia klacz, ur. 1988, ojciec: Coral LaCE;
  • Coral's Palomilo de Vez - ogier palomino, ur. 1989, ojciec: Coral LaCE;
  • Carambano - ogier cremello, ur. 1990, ojciec: Coral LaCE;
  • Frio de Vez - jeleni wałach, ur. 1992, ojciec: Coral DeVez;
  • Dahlia De Vez - siwa klacz, ur.1994, ojciec: Chucano deVez.
Według tej samej strony:

64% jej potomstwa to palomino, 18% to maść jelenia, a dwa 9 procent to cremello i siwa.

 
Niestety nie zadałam sobie trudu ponownego przeliczenia tego, ale 64% izabelków podano także na stronie hodowli.
 
Na tę chwilę dopiero część jej potomstwa została wpisana do bazy rodowodów, ale udało mi się odnaleźć Coral's Don Dorado de Vez, który był (lub szczęśliwie nadal jest) izabelowaty - i mam zdjęcie na dowód.
https://lacaballerizapasofinos.com/ourstallions.html
Jego ojciec (wg All Breed Pedigree) jest opisany jako gniadosz.

Ja się nie znam na tych wszystkich maściach, ale obiło mi się o uszy co nieco o rozjaśnieniach i bez rozjaśnienia izabel nie wyjdzie - a gniada maść rozjaśnień nie ma, to i nie przekaże. Istnieje niby szansa, że nasza Hija wysiwiała z jakiejś maści rozjaśnionej - ale jako siwka powinna mieć o wiele więcej siwego potomstwa, a nie 2,9% i to na spółkę ze źrebakami cremello.
Do tego samo pojawienie się cremello; tutaj potrzebne jest podwójne rozjaśnienie. Co więcej Coral LaCE (ojciec jednego ze źrebiąt cremello) sam był gniady - a wiem to, bo hodowla poświęciła mu aż dwie strony na własność (klik) - stąd klacz musiała to rozjaśnienie mieć, by je przekazać...
Coral's Don Dorado de Vez
Parę elementów mi się w ogóle nie zgadza w tych całych maściach, ale nie znam się na rozjaśnieniach tak dobrze, by dojść co się działo i jak.

W każdym razie, po całodniowych obradach jednoosobowe jury orzekło, że Hija de Los Vientos była maści cremello.

Z której linii jest nie znalazłam, pozostaje się jedynie domyślać... Jednak można wyciągnąć pewne wnioski z historii hodowli. Właściciel wyznał, że po wielu latach hodowania Puerto Rican Paso Fino zaczął kryć klacze Puerto Rican kolumbijskim ogierem Coral LaCE. Nietrudno wpaść na to, że Hija de los Vientos zapewne była jedną z nich c;
 
Ciekawe te kolorowe koniki, na pewno poszukam więcej na ich temat, a szczególnie będę wyglądać tarantów. Może zrobię o nich kolejnego posta, kto wie ;)

Udało mi się sklecić tego posta jeszcze przed Wielkanocą, więc zdążę Wam złożyć życzenia świąteczne :D
Nie ukrywam, trochę mnie tu nie było i jak zawsze - co tu dużo mówić, życie. Ostatnio to w zasadzie nigdzie mnie nie było. Żałuję, że przegapiłam walentynki i że moje najnowsze 100 000 000 pomysłów na posty znowu nie wypaliło, ale póki mam wenę wracam do pisania i zobaczymy - może zawitam tu na dłużej niż najbliższe dwa tygodnie cx

Trzymajcie się kochani, smacznego jajka i wesołych, rodzinnych Świąt!

sobota, 23 grudnia 2023

Pomikołajkowo

Święta już za pasem, a ja tymczasem przychodzę do Was jeszcze z odgrzewanymi kluchami, czyli zdobyczami mikołajkowymi.
W zasadzie to Sharif od Wii nie jest prezentem mikołajkowym, tylko wynikiem tego posta (kilk), bo po jego przeczytaniu moja siostra postanowiła kupić Sharifa i wymienić się ze mną na arabkę. Wiem, fajnie mieć taką siostrę jak moja.
Natomiast prawdziwym prezentem mikołajkowym jest fryzyjka z firmy Safari Ltd. (nr 152805), która widniała już jakiś czas na mojej liście życzeń. Jak się okazało, pod mylnym numerem c': (numer 158805 należy do ogiera)
W każdym razie, ucieszyłam się z obu gumiaków, dobrze jest móc wrzucić je do... e... to znaczy postawić na półce.
Jeśli chodzi o Sharifa, to co tu dużo mówić, no cudny jest. Ma dokładnie zrobione malowanie, które dobrze wyszło, a kopytka nie tylko mają zaznaczoną linię białą, ale nawet zostały dodatkowo czymś polakierowane.
Najmniej podoba mi się chyba od przodu, ale zasługę za to przypisuję głównie brzydkim odlewom. No cóż, nie można mieć wszystkiego c;
W arabku nie podobają mi się zaledwie dwie rzeczy: pierwsza to właśnie odlewy, a drugą są grzywa i ogon. 
 
I teraz zastanawiam się, czy coś z nimi robić, bo niby są to duże wady i wizualnie przeszkadzają dość mocno, ale z drugiej strony walczyć z tym teraz i zniszczyć mu malowanie? Jakoś nie mam ochoty.
 
Jeśli chodzi o fryza, to jestem zaskoczona zdecydowanie na plus. Konik do przeróbki oczywiście, i okazało się że się jak najbardziej nadaje, pozytywne zaskoczenie i zero negatywnych, 10/10.
Nie widać tego za dobre na zdjęciach, ale jest zrobiony z materiału który zawiera świecące drobinki i w sztucznym świetle jest cały lśniący. Zdecydowanie daję plusa za ten niespodziewany atut.
Podoba mi się bardzo jego szyja. Gdyby nie przegięta sylwetka, której często się niestety wymaga od fryzów przy pokazach i powozach, nie mówiąc już o saddleseacie, który też mnie załamuje (przykład: klik), to byłaby naprawdę całkiem fajna.
Zapewne jeśli nie chciałabym tego konia do przeróbki, to byłabym o wiele bardziej krytyczna. Ma bardzo specyficzną sylwetkę, grzywa i ogon układają się nienaturalnie, większość części ciała jest ,,nie w moim stylu". A kopytka to już w ogóle są piękne.
No ale nie po to mi był konik, by go postawić na półce, więc jakoś mniej krytycznie patrzę na jego wady. Może i jest dziwnie za szeroki od tylu i od przodu, i ma skopaną anatomię, ale taki uroczy jest.
Bardzo przypomina mi posąg, jakiegoś dumnego rumaka z ważnym jeźdźcem na grzbiecie.
W każdym razie, z niego też się cieszę i zacieram już łapki na nożyczkowanie :3

Chyba pierwszy raz miałam tak dość tych zdjęć, że myślałam że już nie wytrzymam cykania z wszystkich stron, co zrobiłam to zrobiłam i jest. Ale nie byłabym sobą gdybym chociaż nie spróbowała kilku ujęć ,,sesjowych".

Oczywiście dużo tu photoshopa, bo nie ukrywam, że gdyby nie przeróbka, to cały ten post byłby szary i ciemny. Nadal ciut za ciemne te zdjęcia, ale nie jest tak źle.

Podoba mi się jak ten przyczepiony śnieg nadaje dynamiki

Życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! Do napisania! :D